Dzień z życia freelancerki

Codziennie nastawiam budzik na 7.00 rano. Codziennie walczę ze sobą zastanawiając się, jaką mam dziś motywację, żeby odsłonić okno i spojrzeć światu w twarz. Ach tak, już sobie przypomniałam – DEADLINE.

Razem z dźwiękiem budzika otwieram jedno oko. Druga powieka zaczyna drgać wraz z sygnałem sms-a od mojego chłopaka. Odpisuję „dzień dobry Kochanie” i przewracam się na drugi bok. Jeszcze tylko pięć minut… Kogo ja chcę oszukać, bo na pewno nie mojego kota. Luna – czarna, rozpieszczona kulka miauczącego szczęścia o gigantycznych żółtych oczach, świecących w ciemności. Mój najskuteczniejszy budzik. Zwlekam się więc z łóżka i daję się prowadzić księżniczce do kuchni przy akompaniamencie coraz bardziej zniecierpliwionych pomrukiwań. Podczas gdy pani domu zajada swoje ulubione przysmaki, ja parzę lawendową zieloną herbatę, której zapach i smak potrafią załagodzić nawet najbardziej dotkliwy ból egzystencjalny związany z wczesnym wstawaniem. Jak już się pewnie domyślacie, nie jestem rannym ptaszkiem.

Na pierwsze maile odpisuję powoli, sącząc mój kojący lawendowy napar z najbrzydszego kubka świata. Nie wyobrażam sobie, że w innym moja magiczna herbata smakowałaby tak samo dobrze. Rzadko jem w domu śniadanie, wyjątkiem są weekendy, kiedy robienie we dwójkę jajecznicy albo pancake’ów ma sens. Ostatni łyk herbaty synchronizuje się z postawieniem ostatniej kropki w mailu. Pora na prysznic i chwilę dla siebie. To, że mogę pozwolić sobie na dłuższy poranny rytuał w łazience, uważam za wielki przywilej, z którego trudno mi będzie kiedykolwiek zrezygnować. Czasem sama się dziwię, jak szybko przyzwyczaiłam się do tych lepszych stron freelance’u.

Jeszcze tylko buziak w czarny nosek, ostatni rzut okiem na mieszkanie i na siebie w lustrze i jestem gotowa na podbój świata. Dojeżdżam do biura około południa, po drodze wpadając do kawiarni po kawę i kanapkę. Dziewczyny, z którymi dzielę przestrzeń do pracy, od dawna są już pochłonięte swoimi obowiązkami, dlatego moje wtargnięcie to zawsze dobra okazja do oderwania się od komputerów i poświęcenie chwili na rozmowę. Moją uwagę odwracają jednak powiadomienia o przychodzących mailach.

Niemal standardem każdego dnia jest wiadomość od klienta z prośbą o natychmiastową zmianę czegoś, co było zaplanowane od dwóch tygodni i przez tegoż klienta zaakceptowane. Biorę trzy głębokie oddechy i załatwiam sprawę wyznaczając realny czas na dokonanie zmian. W odpowiedzi tylko „ok” z kropką.

Nie jestem cudotwórcą, ale ciężko pracuję na to, żeby być dobra w tym, co robię. Jakość to też czas spędzony nad zleceniem, zarwane noce, stres i tracenie wiary we własne umiejętności. Klient nie musi i nie ma prawa o tym wiedzieć. Staję na wysokości zadania i wprowadzam poprawki modląc się, żeby były zgodne z oczekiwaniami osoby po drugiej stronie maila. W międzyczasie mój Messenger nie przestaje wysyłać powiadomień o kolejnych wiadomościach. Ktoś ma jakieś ważne pytanie, koleżanka prosi o poradę dotyczącą jej biznesu, kolejna osoba przypomina o sprawie, którą obiecałam pomóc załatwić. Żongluję więc moim czasem, nie chcąc zostawić nikogo bez odpowiedzi i przyspieszam tempo pisania na klawiaturze. Kolejne zlecenia czekają w kolejce, a ja zaczynam nerwowo spoglądać na zegarek. Prawda jest taka, że z pracy na własny rachunek nie wychodzi się nigdy. Pokusa odczytania maila o 22.00 czy korekty projektu, nad którym obecnie pracuję (bo pod prysznicem wpadłam na genialny pomysł!) przeważnie wygrywa z wizją spokojnego wieczoru w domu z lampką wina.

Docieram do mieszkania około 19.00 witana oczywiście przez Lunę. Wiem, że wcale nie jest głodna, ale w zawodowy sposób, znany tylko kotom, potrafi wymusić na mnie dodatkową porcję jedzenia. Kiedy już wytulę i nakarmię kocicę, odruchowo otwieram laptopa i patrzę, co wydarzyło się podczas mojej 30 minutowej podróży z pracy do domu. Muszę szybko ugasić ewentualne pożary, bo za chwilę założę słuchawki, zrobię herbatę i opowiem mojemu chłopakowi o wszystkim co mi się tego dnia przydarzyło. Przez telefon. Wciąż na odległość. To kolejny projekt, nad którym pracuję. 

Powiązane artykuły:

161 views
Wróć