Felieton: Girlfriends

Girl’friends.

 

Miał być lipiec, miały być wakacje i niezapomniane lato w mieście z przyjaciółką. No cóż, mamy wrzesień, rok później. Lato ciągle trwa, pogoda dopisuje a temat girlfriends nie dość, że wciąż jest aktualny, to nawet bogatszy o kilka doświadczeń. A że w życiu nic nie jest idealne, takimi opóźnieniami lepiej się bardzo nie przejmować, bo na pewne rzeczy przychodzi po prostu dobry moment.

W ostatnim czasie bardzo dużo mówi się o solidarności kobiet, o sisterhood i o tym, że razem możemy więcej. Na całym świecie panie jednoczą się, walczą o swoje prawa i pokazują, że nie tylko mają głos, ale też przeogromną moc, z którą należy się liczyć. To piękne i ważne, szczególnie dzisiaj, kiedy abstrakcyjny scenariusz Opowieści Podręcznej wcale nie wydaje się być taki nieprawdopodobny. I z jednej strony budzi on przerażenie, ale równocześnie daje nadzieję, bo pokazuje olbrzymią siłę, jaką my kobiety mamy w sobie. Zarówno w kontekście tego, ile jesteśmy w stanie przetrwać, jak i tego, jak bardzo potrafimy o siebie walczyć.

Ale historia Podręcznej pokazuje też coś jeszcze. Że choć nasze emocje wobec siebie potrafią być zupełnie skrajne, a interesy w opozycji do siebie, to w obliczu ekstremalnych sytuacji, potrafimy stanąć razem i wspierać się, pomimo wszelkich konfliktów i uprzedzeń, jakie na co dzień do siebie mamy. A tych, my kobiety, mamy całkiem sporo i jakoś tak wychodzi, że w życiu codziennym to my same, potrafimy być wobec siebie bardziej okrutne, surowe i niesprawiedliwe niż ktokolwiek inny. Matki, córki, przyjaciółki, koleżanki i zupełnie obce sobie dziewczyny. Z tak dużą łatwością oceniamy, krytykujemy, wytykamy błędy i wchodzimy z butami w nie swoje życie, nie zastanawiając się nawet ile marzeń, sukcesów, pewności siebie, nie mówiąc już o relacjach, możemy po drodze zniszczyć. W rezultacie zamiast dawać sobie siłę, o której tak dużo mówimy, same ją sobie odbieramy. Trochę kiepskie to sisterhood, jak tak się na to spojrzy, nie uważacie?

Nie jest nowością, że relację pomiędzy kobietami są i zawsze były trudne. Może dlatego, że z jednej strony jesteśmy bardzo różne i często tej różnorodności nie potrafimy zaakceptować. Z drugiej strony, jesteśmy też bardzo podobne i to właśnie to podobieństwo, które nas tak pięknie jednoczy, dokładnie tak samo potrafi nas zgubić i podzielić. Przecież wszystkie chcemy być jakieś, mieć coś, najlepiej naj. Wszystkie się czegoś boimy, o coś staramy, z czymś walczymy. Wszystkie mamy swoje braki, marzenia i pragnienia, na które nie zawsze wystarcza nam siły i odwagi. A gdy dołożymy do tego presję społeczną, narzucone wzorce na to jak być powinno i powszechny idealizm kreowany w Internecie, trudno się dziwić, że tak ciężko jest nam odnaleźć odrobinę życzliwości dla siebie nawzajem. Dużo łatwiej przychodzi nam wtedy ocena czyjegoś zachowania, krytyka czy niechęć do drugiej strony, niż uczciwe odpowiedzenie sobie na pytanie – skąd się to bierze? Najczęściej bierze się z nas samych, z naszych ograniczeń i aby to dostrzec trzeba mieć trochę chęci i odwagi, bo prawda o sobie bywa niewygodna. A skoro niewygodnie jest nam ze sobą, niewygodnie jest też z tymi, którzy o tych niewygodach przypominają.

I tak, są kobiety, które obnażają nasze lęki, przez co relacja z nimi bywa trudna. Inne pokazują nam nasze pragnienia, na które często same nie mamy odwagi. W jeszcze innych widzimy rzeczy, których nie chcemy zobaczyć w sobie. Rywalizacja, zazdrość, strach, a przede wszystkim brak akceptacji samych siebie powodują, że wiele tracimy, tam gdzie mogłybyśmy wiele zyskać.

Poniekąd znowu wracamy do naszego Moi, bo wydaje się, że aby poznać i zrozumieć inne kobiety najpierw trzeba chociaż trochę poznać i zrozumieć samą siebie. Tylko wtedy będziemy potrafiły dostrzec w tej drugiej kobiecie taką samą dziewczynę jak my. Z tymi samymi obawami, radościami, smutkami, marzeniami i pragnieniami, tylko ubraną w inny wiek i inną sytuację życiową. Bo bez względu na to czy mamy 25 czy 50 lat, bez względu na to kim jesteśmy i czym się zajmujemy, nasze emocje, uczucia, pragnienia i lęki są w nas, i są takie same. Różne są tylko obiekty, o które nam chodzi. Gdy to dostrzeżemy, łatwiej będzie nam zaakceptować siebie nawzajem. Zamiast oceniać i wytykać błędy, zrozumieć. A co najważniejsze, przekuć te różnice w naszą siłę i dać sobie wsparcie. Pomóc, czerpiąc z naszych doświadczeń i uczyć się, czerpiąc z doświadczeń innych. Czy nie o to właśnie w tym całym sisterhood powinno chodzić? Tym bardziej, że życie pisze różne scenariusze i niczym we wspomnianej wcześniej Opowieści Podręcznej, w jednej chwili, możemy stać się dla siebie poduszką bezpieczeństwa, kołem ratunkowym i wsparciem, którego się najmniej spodziewamy.

Dlatego dzisiaj rozejrzyjmy się dookoła siebie i spójrzmy na kobiety, które nas otaczają. Zarówno, te które mijamy na ulicy, jak i te z którymi łączą nas relacje. Spróbujmy na chwilę wyłączyć swoje interpretacje, oceny, oczekiwania i dostrzeżmy w nich kawałek siebie. Kobiety, które chcą, które się boją i codziennie się starają, tak samo jak my. Wykorzystując ostatnie dni lata, wyciągnijmy do nich rękę, powiedzmy miłe słowo, zachowajmy się tak jak same chciałybyśmy być potraktowane. Jeżeli któraś nie odpowie, odpuśćmy, nie oceniając i nie biorąc do siebie. Nie wszystkie musimy być gotowe na to samo. A jak już to zrobimy, uśmiechnijmy się do siebie nawzajem i do sisterhood dodajmy girlfriends. To pierwsze da nam, zrozumienie, poczucie bezpieczeństwa i wsparcie, a drugie wprowadzi w ten świat więcej życzliwości, lojalności, szaleństwa i beztroski. Na co dzień, nie tylko od święta. Co z tego wyniknie? Może nawet przyjaźń. A ta babska ma ogromną moc, którą mam nadzieję dostrzeżecie w drugiej sesji zdjęciowej zatytułowanej nie inaczej, jak właśnie #girlfriends.

 

472 views
Wróć