Moi by Basia Montauk

Moja fascynacja północą zaczęła się od “Przystanku Alaska”. Maggie była dla mnie swego rodzaju ikoną niezależnej, silnej kobiety. Pełna opinii i nie bojąca się ich wyrażać,  silna, pewna siebie, sama na dalekiej północy, latająca awionetkami i nie potrzebującą nikogo. Ta młodzieńcza fascynacja gdzieṡ przygasła w pędzie codzienności, ale wróciła z ogromną siłą wtedy kiedy jej najbardziej potrzebowałam.

Gdyby ktoś powiedział kiedyś nastoletniej mnie, że będę mieszkać w domu pod palmami w Dolinie Krzemowej a w ramach relaksu jeździć pod namiot, spać w śniegu, rozpalać ognisko to roześmiała bym mu się w twarz.

Zawsze byłam porządna, poukładaną dziewczynką. Wzorową uczennicą, całkiem chyba spokojną córką, dobrą siostrą i przyjaciółką. Pamiętam, kiedy w wakacje jako nastolatka zamiast odkrywać, bawić się i imprezować pojechałam na dwa tygodnie tłumaczyć teksty Cycerona, poezje Katullusa i dyskutować o starogreckim teatrze. W planach miałam bycie krytykiem filmowym, ewentualnie dziennikarką bądź pracę w produkcji filmowej. To była naturalna droga dla dziewczyny dorosłej domu zawalonym tysiącami książek i  w atmosferze krakowskiego artystycznego połṡwiatka. Los jednak chciał inaczej.

Zakochałam się i kilka lat później wylądowałam z dwoma walizkami, biletem w jedną stronę i z pierścionkiem na palcu w San Francisco.

W zeszłym miesiącu minęła 10 rocznica mojego przyjazdu do Kalifornii. Sama nie wiem, kiedy te 10 lat zleciało – przybyło sporo doświadczeń, dwójka dzieci, a życie w Dolinie Krzemowej stanowczo przyspieszyło. Ciągła żonglerka pracą, domem, pędem za karierą, brakiem czasu, dziećmi dawały mi sporo satysfakcji ale mimo wszystko dwa lata temu zorientowałam się, że gdzieś tym wszystkim zabrakło mnie. Wywróciłam więc wszystko do góry nogami, a moje wyjazdy, przygody, północne eskapady stały się pewnego rodzaju sposobem samo odnalezienia i poznawania siebie.

Na horyzoncie marzeń znów pojawiła się Alaska. Alaska czyli największy stan USA, w dużej mierze nieodkryty i nie zaludniony.  Dwa lata wcześniej miałam okazję pojechać na Alaskę po raz pierwszy w zimie. Był to wyjazd typowo turystyczny: spacery w śniegu, gorące źródła w Chena Hot Springs, polowanie na zorzę polarną, spacery z reniferami i krótka wycieczka zaprzęgami psimi.

Zakochałam się i odżyłam. Wróciłam do Fairbanks dwa miesiące później na kilkudniową wyprawę psimi zaprzęgami, potem rok później i właśnie planuje następną wyprawę. Podczas wyjazdów miałam okazję nie tylko poznać lepiej okolice i napawać się widokami Alaska Range, lodowcȯw,, Tangle Lakes, McCarthy i parków narodowych Denali i Wrangell St Elias. Nauczyłam się sporo o tym, jak ludzie tam żyją, jak wyglądają wyprawy z psami i opieka nad nimi.

 

Co dało mi to doświadczenie i czym stała się dla mnie Alaska?

Te wyprawy wywróciły wszystko do góry nogami. Wróciłam odmieniona, silniejsza i bardziej świadoma tego co chcę. Alaska jest dla mnie synonimem nie tylko nieodkrytych przestrzeni geograficznych, ale sposobem na poszukiwanie samej siebie. Zachęca, a nawet w pewien sposób wymusza odcięcie się od codzienności, przekroczenie barier i granic i przedefiniowanie priorytetów, marzeń i możliwości.

Nauczyła mnie, że jestem silniejsza niz mi sie wydaje. Psychicznie i fizycznie. Kilkugodzinne stanie na płozach san w 20 stopniowym mrozie i opanowanie zaprzęgu nie jest łatwa sprawa. Wymaga niesamowicie dużo samozaparcia, siły, opanowania i fizycznego zaangażowania.

Wiara we własne możliwości i samozaparcie pomagają stanąć na saniach w środku nocy i przejechać przez las i zamarzniętą rzekę tylko z czołówką. Nawet jadąc w grupie z bardziej doświadczonymi ludźmi, jesteś tak naprawde zdana na siebie i zaprzęg psów. Jeśli nie wyrobisz na zakręcie, albo spadniesz z sań, możesz zostać w lesie sama. Jeśli nie zatrzymasz się na czas na widok załamanego lodu w rzece, może się to źle skończyć. Pojęcie normalności i rytm dnia się zmienia. W zimie dzień to raptem kilka godzin światła, a psy i opieka nad nimi zawsze są na pierwszym miejscu. Normalną staje się kolacja o 3 nad ranem po nakarmieniu psów i rozpaleniu ogniska. Wszystko zajmuje więcej czasu – stopienie dostatecznej ilości śniegu by przygotować jedzenie dla czworonogich przyjaciół i siebie zajmuje bardzo dużo czasu, rzeczywistość nabiera innych kształtów. Jednym z moich najlepszych wspomnień jest śniadanie przy wschodzie słońca, na śniegu, z kubkiem gorącej kawy w ręku a obok pies podgryzający znalezioną w lesie nogę łosia.

Alaska podarowała mi niesamowitą dawkę pewności siebie. Wyjazdy tam dały mi poczucie spokoju i szansę na chwilową ucieczkę z chaosu codzienności i po prostu bycia tu i teraz. Było to swego rodzaju moim przebudzeniem – jako człowieka, kobiety, matki. Była też momentem odkrycia bardzo niezwykłej pasji i spokoju w dążeniu do jej realizacji.

 

Odkryłam siebie i coś co czyni mnie szczęśliwszą i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się w większym stopniu uwzględnić tę pasję w codziennym życiu. Póki co doceniam możliwość łączenia życia w dolinie, pracy i wychowywania dwójki dzieci z tak niezwykła pasją. Chcę pokazać innym, a przede wszystkim moim dzieciom, jak warto być sobą i podążać za własnymi marzeniami.

Moim kolejnym celem jest wyprawa bądź wyścig na dłuższym dystansie – chciałabym sprawdzić jak odnajduję się w takiej sytuacji i jak to jest przebyć 300 km badz wiecej na pustkowiu na saniach zaprzężonych w psy. Stąd pomysł udziału w Fjallraven Polar – 300 kilometrowym wyścigu w Skandynawii, którego założeniem jest, że każdy, nawet najbardziej zwyczajny człowiek, jest w stanie osiągnąć najbardziej niezwyczajne rzeczy przy odpowiednim przygotowaniu i wsparciu. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się coś więcej o tym przedsięwzięciu i zagłosować na mnie, zapraszam tutaj.

278 views
Wróć