Moi by Ewelina Godlewska

Zawsze chciałam pisać… tańczyć, śpiewać, malować, być księżniczką, psycholożką, gwiazdą, porywać tłumy. Chciałam jeździć białym mercedesem, mieć męża, dzieci i psa. Chciałam móc budzić się co rano w słońcu i biegać po piasku. Chciałam kochać i być kochaną, leczyć dusze, dawać uśmiech… Od zawsze chciałam usłyszeć, że jesteś ze mnie dumna.

“Zawsze chciałam” czyli rzecz o marzeniach, życiu z pasją i rolach. Rzecz o motywacji, wierze, próbach udowodnienia, że ktoś tam się pomylił. I o chęci odnalezienia sposobu na lekkie, radosne i dobre życie.

Mam się przedstawić, więc nie będę ściemniać… Taki zresztą jest cel “Moi!” – pokazanie życia bez Photoshopa, duszy odartej z ciała. Duszy niedoskonałej, kulejącej, płaczącej, wkurwionej, nie rozumiejącej, błądzącej, zagubionej i zmieszanej. Duszy marzyciela, wizjonera, czasem iluzjonisty. Wreszcie duszy romantyczki, opiekunki, matki, kochanki, fanki, idolki, przewodniczki i followersa, przesiąkniętego prawdą “moi”. Cztery lata temu byłam bardziej niż pewna, że jeśli nie skończę na oddziale psychiatrycznym to w grobie i to pewnie szybko. Zabije mnie pęd, tempo życia albo miłość, która była dla mnie całym światem. Dwa lata później okazała się być tylko zaburzeniem psychicznym, jednym z trudniej uleczalnych, ale jednak. Był to niewątpliwie jeden z momentów zwrotnych w moim życiu.

“Jeden z” bo uwierzcie, że trochę ich było. Zawsze “po” wydawało mi się, że od teraz będzie inaczej <czytaj – lepiej>. A to wyprowadzka z domu, a to ukończenie studiów, kupno auta, wzięcie psa, napisanie książki, założenie aparatu na zęby, rozpoczęcie terapii, wakacje życia, pierwsza miłość, pierwszy seks, pierwszy wywiad, pierwszy casting, pierwsze zdjęcia, sesja nago i rożne takie. Wybierałam cel, uzbrajałam się w cierpliwość i uparta jak osioł forsowałam kolejne mury i barykady, mając nadzieję, że odwrócę los. Dziś to wszystko zamknęłabym wielką klamrą z napisem “ja przed 30tką”… No dobra tylko sesja nago była już po, w imię zasady, że “jak nie teraz to kiedy”! Za tę zasadę zresztą uwielbiam życie z trójką z przodu. “Jak nie teraz to kiedy” czyli urzeczywistnianie najgłębiej skrytych wymysłów, z których nikomu już nie trzeba się tłumaczyć.

Trzydzieste urodziny były prawdziwym przełomem w moim życiu. Grubą krechą, za którą wszystko jest inaczej. Słyszałam, że tak się dzieje, ale nie wierzyłam. One zawiązały kokardę na balonie “Ewelina – walcząca z lękami”. Odważyłam się, puściłam go i w moim życiu rozpoczęła się nowa era.

W mądrej książce przeczytałam kiedyś, że odwaga to nic innego jak dobre przygotowanie. I tak widzę swoje dotychczasowe życie… Tworzenie fundamentów, ścian nośnych konstrukcji, by teraz móc wypełniać je tym, czym chcę. Trudno jednak jest budować potężny wieżowiec na bagnach… Dlatego potrzebne było zburzenie tego co dotychczas zbudowałam, dokopanie się do suchego, twardego dna, odbicie się (głową), zasypanie błota piachem, utwardzenie, a dopiero po tym wszystkim, solidny projekt konstrukcji sięgającej gwiazd.

Od zawsze wiedziałam, że czeka mnie ciężka praca, fala hejtu, niezrozumienie, wypominanie, wspinaczka bez punktów zaczepienia, wyrzeczenia, trudne wybory. Wszystko to w imię czegoś w co tylko wierzę, idei, wewnętrznego głosu czy inaczej – intuicji. Przez długie lata nie było nagród, była mozolna wędrówka. Walczyłam. Wtedy wydawało mi się, że nie wygrywam, a dziś wiem, że na pewno nie przegrywałam. “Dawałam radę” a nagrodą było każde kolejne zadanie, każdy kolejny wyśniony i zwizualizowany pomysł, zdarzenie i spotkanie, które zmuszało mnie do ruszenia dalej, a dzięki temu wspięcia się jeszcze wyżej. Myślałam, że mam cel, szczyt, na który muszę się wdrapać i wszystko, co robię zbliża mnie do niego. Do tego jednego punktu, miejsca, uczucia, stanu, do jakiegoś końca.

Końca jednak nie widać, a celem okazał się szczyt, po którym dalej wędruję. Tylko już trochę inaczej. Bardziej świadomie, wiedząc, jakie stawiać kroki. Skąd ta wiedza? Z serca! Wtedy nie ma pomyłek. Jest zgoda, wewnętrzny spokój, widzi się drogę jaśniej i szerszą, a nade wszystko chce się nią iść. Idealizuję?!? Nie, przedstawiam Wam moją dotychczasową podróż przez gęste chaszcze. Podróż wbrew realiom i oczekiwaniom innych, z poczuciem, że nie mam opcji powrotu na normalny tor, bo jest już za późno.

Przez większość tej podróży towarzyszyła mi joga. Mata, wraz z moim rozwojem, spełniała różne role. Od bezpiecznej przystani, po miejsce spowiedzi, szukania odpowiedzi, wylewania łez. Była przyjaciółką-terapeutką, która znosiła złość, agresję, smutek, żal, a także przyjaciółką-trampoliną, która dodawała skrzydeł, wiary i lekkości, przywracała nadzieję i poczucie własnej wartości. Stała się wreszcie miejscem pracy. Moja mata to pamiętnik, zbiór historii, wspomnienie ludzi i miejsc. Mimo jej ograniczonej powierzchni zawsze czułam, że na niej nie mam granic, czasem tylko ich przekraczanie bywało trudniejsze. Ten czas trwania w pobliżu granicy strefy komfortu, to czas na budowanie życiowej mądrości i siły. Uczy cierpliwości i pokory. Selekcjonuje i wyznacza kierunek. Potrzeba czasu, by wybrać między: “poddaję się”, “zostanę, jest mi całkiem wygodnie” a “o wow! Mogę więcej”. Ja, jak nietrudno się domyśleć, wybrałam opcję trzecią, pod tytułem “nie zrobię, nie zrobię, nie zrobię…o wow! Mogę”!

Dlaczego? Bo nie wybieram prostych i wydeptanych ścieżek. Nie spełniam standardów i norm. Rezygnuję z rozwiązań na chwilę, tańszych zamienników i półśrodków. Lubię chodzić, a w chodzeniu najbardziej lubię fakt, że jak już dojdę do celu to mam poczucie, że na to zasłużyłam. Przecież samochodem byłoby za łatwo.

Dlatego te dziesięć lat życia na macie widzę jako nieśmiałe, krótkie i dość ciężkie kroki i próby przeskakiwania przez wciąż przesuwającą się granicę strefy komfortu. Zdecydowanie nie były to skoki w dal, bardziej wskoki na skrzynię, która z każdym kolejnym podejściem była wyższa. A ze skakaniem na skrzynię jest tak, że im dłużej się zastanawiasz, analizujesz i oceniasz ryzyko, tym częściej przywalisz piszczelą w krawędź. Tego nauczył mnie crossfit… Żart! Ale z tej dziedziny sportu również wyciągnęłam niezłą lekcję życia. Poza tym, że solidnie dał mi w kość fizycznie (ooooo matko jak ja to lubiłam!), to przede wszystkim pokazał, że nie jestem ostatnia, najgorsza, najsłabsza i że jak stanę do rywalizacji to wcale nie jest pewne, że przegram. Możecie się śmiać, ale taką siebie widziałam. Niezależnie od okoliczności konfrontacji, czy to w boxie czy to w życiu codziennym… widziałam siebie na przegranej pozycji. Szukałam wymówek, powodów, niesprawiedliwości, aby w razie czego móc się czymś zasłonić. Na zewnątrz blefowałam, przyjęłam strategię tworzenia dystansu i niedostępności. Nie, nie z powodu dumy i poczucia wyższości, ale ze strachu. Zawsze powtarzałam, że opcja ścigania się demobilizuje mnie, sprawia, że się rozpadam. Te mordercze treningi dały mi poczucie siły…nie dlatego, że wygrałam z kimś, a dlatego, że wygrałam z samą sobą…a w zasadzie ze swoją wizją siebie.

Arrow
Arrow
ArrowArrow
Slider

Świadomość bycia to życie w prawdzie. Sport jest świetną drogą by ją odnaleźć. A szczególnie joga. Ona nie znosi kłamstw, bylejakości, zamiatania po dywan. Dość brutalnie pokazuje nam najpierw jakimi jesteśmy ciałami, a później jakimi jesteśmy ludźmi. Tak sobie teraz myślę, że postawienie stóp na macie wymaga nie lada odwagi. Ja sama byłam chyba za młoda, żeby myśleć o “ćwiczeniu jogi” w tych kategoriach… Dopiero teraz rozumiem, dlaczego ludzie omijają matę szerokim łukiem, nie znajdują czasu, odkładają na później, wyśmiewają. Boją się stanąć twarzą w twarz ze sobą… Ale ten temat zostawię na osobny artykuł.

Budowanie samoświadomości w moim przypadku, to oprócz jogi, psychoterapia. Godziny rozmów z przyjaciółmi, racjonalne argumenty, przekonywanie, prośby. Bywało i tak, że nawet niezaprzeczalne fakty nie były w stanie przeprogramować mojej głowy. Dopiero rozmowa z terapeutką, która wbijała szpilkę dokładnie tam, gdzie trzeba i jak trzeba, bezinteresownie, absolutnie obiektywnie i naukowo, była w stanie otworzyć mi oczy. Otworzyć oczy i rozdmuchać mgłę. Dalsze kroki były już tylko efektem tych rozmów.

Prawda jest taka, że gdy odwracam się przez lewe ramię to niechętnie zerkam na to jak było. Wiem, że wszystko było po coś i musiało się wydarzyć. Ale teraz, kiedy zbudowałam siebie na nowo, zamiast rozpamiętywać, wolę być tu i teraz, w każdej minucie cała. Cała prawdziwa, cała prosto z serca, z uśmiechem i nadzieją. Gotowa na to co przede mną. To jest chyba moje najtrudniejsze wyzwanie na dziś: uwierzyć, że wszystko zmierza w dobrym kierunku i ze spokojem działać, robić swoje. Nauczyć się pokornie przyjmować co przynosi kolejny dzień i godzić się z tym, że skoro tak jest, to na pewno jest to dla mnie najlepsze rozwiązanie.

Wiele już wiem o sobie, co dzień staram się układać tę układankę szukając brakujących elementów, kolorując czarne plamy, łącząc punkty, pozornie nietworzące całości. Przełknęłam to, że jestem krytyczna i wybiórcza, oswoiłam się z tym, że trudno znoszę krytykę i niepowodzenia, że kocham za bardzo. Odkrywam siebie w relacjach bez presji, napięć i nadmiernych oczekiwań w atmosferze ciągłej kontroli. Cenię sobie to, że dość twardo stąpam po ziemi, ale jednocześnie uczę się, że ona wciąż się kręci, a wszystko płynie i czasem warto po prostu poluzować szelki.

Zdjęcia: Ania Powałowska – www.fotografka.eu

Powiązane artykuły

1300 views
Wróć