Wywiad z Marią

Maria ma 28 lat. Projektuje gry komputerowe, pisze doktorat o II wojnie światowej w Instytucie Anglistyki UW, jest prezesem anglojęzycznego studenckiego koła teatralnego The Cheerful Hamlets, aktorką – amatorką, przewodniczką po Warszawie, członkinią grupy odtwórstwa historycznego. Jest kobietą, która nie boi się być sobą, próbować wielu nowych rzeczy i realizować się w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

Ty chyba nie jesteś typową kobietą. Ciebie nigdy nie interesowało to, co interesuje stereotypową dziewczynkę.

Oj zdecydowanie, ja nigdy nie spełniałam warunków do bycia stereotypową dziewczynką.

To wynikało z potrzeby kontestowania swojej inności, czy z potrzeby bycia inną?

To jest bardzo dobre pytanie. Ja sama jeszcze nigdy sobie na nie odpowiedziałam tak do końca. Być może to wynikało z warunków, w jakich się wychowywałam. Z tego, że zawsze miałam samych facetów dookoła i to, czym oni się zajmowali było ciekawsze niż lalki. Poza tym ja nigdy nie miałam zaufania do dziewczyn, a z chłopakami łatwiej było się dogadać. Oni są prostsi.

Potwierdza się w takim razie, że to, w jakim otoczeniu się wychowujemy ma ogromne znaczenie na to, kim później jesteśmy. Albo chcemy być…

Mnie wychowywali dziadkowie, którzy zaszczepili we mnie miłość do historii i książek. Z książek wzięła się wyobraźnia, a z wyobraźni chęć tworzenia i pisania czegoś własnego. Później to szło naprzód, a ja chciałam się rozwijać. Nigdy nie miałam problemu z kontaktem z ludźmi. Jestem osobą bardzo towarzyską i chętnie nawiązuję znajomości, pamiętam o nich i wiem, że mogę z nich sporo czerpać.

Fakt, że jesteś „inna” nie oznaczał, że chcesz być w tej inności sama.

Oj, na pewno nie. Ja w ogóle nie wyobrażam sobie życia bez ludzi. Co więcej, nigdy nie odczułam też, żeby ktoś mnie w związku z tą moją innością nie lubił. Albo nie chciałam tego odczuć i na dłuższą metę wiązałam się tylko z tymi, którzy faktycznie byli przyjaźni i mili. Wydaje mi się, że to, że nigdy nie byłam typowa paradoksalnie pomagało mi utrzymać wszystkie przyjaźnie – damskie i męskie. Skupiałam się na swoich rzeczach, a ludzie ułatwiali mi oddychanie, napawali weną i inspirowali. I nadal tak jest, stąd jestem na czele stowarzyszenia, które szerzy gry fabularne, prowadzę koło aktorskie na Uniwersytecie Warszawskim, jestem prezesem anglojęzycznej grupy teatralnej, wkręciłam się w odtwórstwo historyczne, piszę i prowadzę Larpy, robię doktorat…

Sporo tego. Zatrzymajmy się może przy doktoracie. Stawiasz na karierę naukową?

Kiedy szłam na studia miałam prostą drogę swojej kariery w głowie. Chciałam być filologiem, doktorem nauk humanistycznych i wykładać na uniwersytecie. W czasie studiów poznałam moją wykładowczynię, panią Sokołowską-Paryż, która pomogła mi wyzwolić pasję i zainteresowanie II wojną światową. To dla mnie bardzo osobisty temat, bo moi dziadkowie byli Powstańcami, ukrywali Żydów. Dzięki nim od dawna ten temat bardzo mnie interesował, a pani Paryż już na I roku studiów uświadomiła mi, że trzeba mówić głośno o tym, jakie są nasze zainteresowania. Wtedy już wiedziałam, że chcę robić doktorat i poświęcić się nauce. Teraz zajęłam się też pracą w game designie i ona stała się moim motorem.

Pojawili się też Hamleci…

Tak. Wpadłam w radosną chmurkę akademickiego koła teatralnego. Ale z aktorstwem miałam styczność już wcześniej. Jako dziecko chodziłam na zajęcia do Teatru Żydowskiego, gdzie sztuki aktorskiej uczył Waldemar Obłoza, który grał wtedy w „Miodowych latach”, a ja uwielbiałam ten serial. Jego producentem był znajomy mojej mamy, więc często chodziłam na nagrania odcinków. Pokochałam aktorstwo, ale w gimnazjum nie było już okazji, żeby to kontynuować. Dopiero na V roku studiów zobaczyłam plakat Cheerful Hamlets, którzy wystawiali „Murder by Death”. Poszłam zobaczyć, jak im to wychodzi i kupili mnie totalnie.

Dzisiaj jesteś ich panią prezes.

Zaangażowałam się w to całym sercem. Dostałam pierwszą rolę, potem kolejne, w tym główne. Bardzo dużo się uczyłam, wyciskałam z tego jak najwięcej się da. Wkrótce wrodzone cechy przywódcze zwyciężyły i zostałam prezesem, którym jestem już od dwóch lat. Zaczęliśmy jeździć po Polsce i wystawiać sztuki nie tylko w domach kultury, ale też na Pyrkonach. Jesteśmy zapraszani do radia, robimy słuchowiska. Wystawiamy 5 sztuk rocznie. Ja lubię działać. Występowanie na scenie wiele mnie nauczyło. Oczywiście nie jestem po szkole aktorskiej, więc nie mogę tu mówić o nie wiadomo jakim warsztacie, ale ja lubię mówić o sobie „aktor amator”. Mam przy tym dużo pokory i cały czas się uczę.

To chyba też dobry sposób na samoakceptację. Jeżeli coś robisz, starasz się być w tym coraz lepsza i do tego widzisz, że ludzie to „kupują”, nie ma potrzeby, aby na siłę znajdować w sobie jakiś problem.

To prawda, zgadzam się. Kropka.

Wiesz, to wynika tylko i wyłącznie z tego, co jest w głowie, i jakie mamy podejście do samego siebie. Jeżeli chcesz ciągle coś udowadniać sobie i innym, to jednak oznacza, że jest jakiś problemik. Ja muszę podnosić sobie poprzeczkę.

Bycie kobietą utrudniło Ci drogę do tego miejsca, w którym obecnie jesteś?

W branży, w której obecnie pracuję kobietom jest dużo trudniej się przebić. Świat gier komputerowych jest zdominowany przez mężczyzn, a ja dostałam się tu mając trochę szczęścia. Ówczesny dyrektor kreatywny znał Mike’a Pondsmitha, czyli autora „Cyberpunka” – gry fabularnej, którą uwielbiam od lat. Kiedy powiedziałam, że prowadziłam video konferencję z Mikiem na jednym z Pyrkonów (Festiwal Fantastyki Pyrkon – przyp. red.), uśmiechnął się szeroko i zaczęliśmy na ten temat rozmawiać. Okazało się też, że lubimy ten sam typ gier komputerowych, ze szczególnym uwielbieniem GTA.

Z tego, co mówisz nie wynika jednak, żeby to, czy dostaniesz pracę, czy nie, zależało od płci…

To prawda. Chociaż wydaje mi się, że w tej branży (w ogóle w środowisku gier – czy to planszowych, czy karcianych, czy komputerowych) płeć ma trochę znaczenie, chociażby pod tym kątem, że kobiety nie od razu wzbudzają tu zaufanie. Oczywiście  mam na myśli pracę w samym designie, zupełnie inaczej to wygląda, jeśli chodzi o marketing.  Tak jak mówiłam wcześniej – to świat wciąż jednak zdominowany przez facetów.

W ogóle świat jest zdominowany przez facetów…

To prawda, ale kiedyś dojdzie do matriarchatu – wierzę w to (śmiech).

Serio chciałabyś tego?

Tak serio to gdyby tak było, pozabijałybyśmy siebie nawzajem. Jedna drugiej wbijałaby szpile tak głęboko jak tylko się da… Ale wszystko się zmienia, więc kto wie… Jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy zaczynałam, gry komputerowe, karciane, fabularne to w ogóle nie było to, czym interesowały się dziewczyny. Na obozach RPG na 40 osób były dwie dziewczyny. Teraz jest inaczej, nie ma aż takiej dysproporcji. Pojawiły się też cosplayerki, bo to jest okazja do tego, żeby się przebrać i pomalować. Nie żeby dziewczynom tylko o to chodziło, ale zdecydowanie może mieć to jakiś wpływ.

Czyli ta zmiana wynika z dodatkowej, bardziej „dziewczyńskiej” wersji zaangażowania się w ten świat, czy może chęć ze strony dziewczyn była zawsze, ale kiedyś trudniej się o tym mówiło?

– To znowu jest dobre pytanie… Na pewno ten świat jest teraz bardziej popularny. Są różne festiwale, które dbają o to, aby to wszystko było bardziej skomercjalizowane. Dzięki temu można się rozwijać, reklamować i pokazywać to, co faktycznie się tam dzieje. Statystycznie rzecz biorąc, w gry fabularne angażują się dziewczyny powyżej 16. roku życia. W przypadku chłopaków jest to wiek 10-12 lat. Oni mają zupełnie inny obraz tej rozrywki w głowie.

Jak widzisz siebie za jakiś czas? Gdzie będzie ta poprzeczka?

Człowiek uczy się całe życie, nabiera doświadczenia z każdą godziną i z każdym dniem. Moim planem jest samodoskonalenie się i to, aby za jakiś czas nie musieć nic nikomu udowadniać. Żeby robić rzeczy, w których się sprawdzam, i które sprawiają mi przyjemność. Bo to w tym wszystkim jest najważniejsze. Mnie największą przyjemność sprawia to, gdy coś zrobię i stworzę. A kiedy ludzie dobrze to ocenią to już jest sztos. Mam dużo zajęć, ale lubię to.

A co z życiem prywatnym? Czy te wszystkie zajęcia pozwalają Ci spełniać się także na tym polu? Jak odbiera to Twój facet?

On też ma sporo pasji, ale tutaj pojawia się jednak mały konflikt. Maciej jest członkiem koła rekonstrukcji historycznych, ćwiczy szermierkę i rozwija się w tym. Wygrywał turnieje, zdobywał nagrody. Kiedy poznaliśmy się, ja bardzo chciałam wejść w jego świat. Wkrótce zaczęło brakować czasu, więc chciałam to robić jeszcze bardziej, żebyśmy mogli być razem. Zaczęłam wyjeżdżać z nim na obozy historyczne i dałam szansę temu, co on lubi. On nienawidzi morza, ja uwielbiam. Zaczęłam uczyć się chodzić po górach. Dzięki niemu zaczęłam uprawiać sport. Jeżeli chodzi o to, co ja robię zawodowo… Maciej zraził się do ludzi ze świata RPG i nie bardzo chce ze mną uczestniczyć w tych przedsięwzięciach, ale ja to rozumiem. Chodzi za to do teatru, uczy się angielskiego i dzielnie ćwiczy ze mną teksty przed sztukami.

Jego wsparcie jest dla Ciebie ważne?

Tak, on bardzo mnie wspiera. Jest też dla mnie takim pierwszym stadium krytyki. Inna sprawa, że ja nie lubię tzw. konstruktywnej krytyki, więc musiał nauczyć się mówić motywacyjnie. Wie, że każdy powinien mieć pasję i ją rozwijać. Człowiek z pasją jest ciekawszy. To idzie też w drugą stronę i tego uczyliśmy się przez 7 lat.

Co będzie, gdy przyjdzie czas na poważniejsze kroki? Dzieci? Czy jesteś gotowa na to, aby z czegoś zrezygnować na rzecz rodziny?

Nie jestem, ale wiem, że muszę być. Z drugiej strony, wychodzę z założenia, że im więcej zajęć, tym lepsza organizacja czasu. Na pewno nie zrezygnuję z pracy, bo nie mogę bez niej żyć. To dlatego, że lubię to, co robię. Jak myślę o przyszłości, mam w głowie pewien plan. Wiem z czego bym zrezygnowała na rzecz innego projektu, ale póki nie muszę, nie chcę mówić o tym głośno. Większość rzeczy, które robię, robię dla idei, czysto hobbystycznie. Nie mam z tym problemu, bo największą wartością dla mnie jest możliwość dzielenia się sobą z innymi.

Podsumowując wszystko to, co powiedziałaś i wracając do tego, od czego zaczęłyśmy rozmowę – czy to otoczenie ogranicza kobietę XXI wieku, czy wszystko siedzi w naszych głowach i zależy od nas samych?

Śmiem twierdzić, że sporą rolę odgrywają w tym mężczyźni. Wiem, że mój Maciej ma w głowie obraz stereotypowego związku, w którym to mężczyzna jest głównych źródłem dochodu, a kobieta ma jeszcze czas, aby czekać na niego z obiadkiem. Nie raz marudził i o tym mówił. To, że kobieta ma przede wszystkim dbać o ognisko domowe jest zakorzenione w naszej kulturze. Jeżeli mamy zbyt wiele zajęć, mężczyźni zaczynają martwić się o przyszłość, bo co będzie jeśli się z nią ożenię, a ona będzie miała dom w czterech literach? Z drugiej strony, jeśli mężczyzna zdecyduje się i jednoznacznie wskaże, że chce być tylko z nią, w głowie kobiety następuje przewartościowanie i zmiana priorytetów. Czy tak naprawdę wszystko zależy tylko i wyłącznie od kobiety? Tak, ale do osiągnięcia celu musi mieć dużo więcej zawziętości i siły niż mężczyzna. Przynajmniej na tych polach, na których ja się obracam. Mnie nie przeszkadza świat zdominowany przez mężczyzn, bo ja sobie w nim radzę. Być może muszę bardziej się starać i częściej coś udowadniać, ale kiedy wiem, że jestem dobra w tym, co robię i wierzę w siebie, płeć nie ma tu nic do gadania.

Najważniejsze jest to, żeby nie ograniczać samej siebie, bo każdy człowiek do pełni szczęścia potrzebuje samorealizacji.

282 views
Wróć